Lorem ipsum
logo Filharmonia łódzka im. Artura Rubensteina
Instytucja Kultury Samorządu Województwa Łódzkiego współprowadzona przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
logo Filharmonia łódzka im. Artura Rubensteina
Instytucja Kultury Samorządu Województwa Łódzkiego współprowadzona przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Logo do druku
Instytucja Kultury Samorządu Województwa Łódzkiego współprowadzona przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Paweł Przytocki: Jesteśmy po to, by służyć ludziom

- Łódź jest dla mnie miastem fortepianu – deklaruje w rozmowie z nami Paweł Przytocki. Dyrektor artystyczny FŁ opowiedział o kulisach powstawania programu na nowy sezon i koncertach, na które czeka najbardziej – ale też o swoich niespełnionych artystycznych marzeniach, irytacji „muzycznym kabotyństwem” i o tym, co sprawiłoby, że przerwałby próbę i odmówił poprowadzenia koncertu.

Michał Marchlewski (Filharmonia Łódzka): Z jakimi emocjami czeka pan na nowy sezon? Czy jest pan zadowolony z tegorocznego programu filharmonii?

Paweł Przytocki (dyrektor artystyczny FŁ): Trudno mi występować w roli recenzenta własnego programu. Głównym recenzentem zawsze pozostaje publiczność, która albo przychodzi na koncerty, albo nie. Układając sezon, muszę z jednej strony uważać na to, aby nie zmienił się on w koncert życzeń, a z drugiej – aby nie przyjął formy muzykologicznego traktatu. Nie zawsze to, co ładnie wygląda na papierze, później sprawdza się w praktyce. O tym, czy jestem z tego programu zadowolony, będę mógł więc mówić dopiero w czerwcu przyszłego roku.

Gdy planuję sezon, zależy mi zawsze na tym, aby program każdego koncertu był autonomiczny, ale jednocześnie współtworzył większą całość – aby był zrozumiały i czytelny, choć niekoniecznie łatwy w odbiorze. To jest aspekt edukacyjny, który trzeba połączyć z walorami artystycznymi. Do tego dochodzi element, który można nazwać komunikacyjnym. Słuchacze, kupując bilety, zawierają przecież z filharmonią pewną umowę. Chcą coś przeżyć, przychodzą tu z określonymi oczekiwaniami, potrzebami i chcą je zaspokoić. Bardzo trudno jest zadowolić wszystkich w takim samym stopniu, ale zależy mi zawsze na tym, aby te trzy wymienione elementy odpowiednio zbalansować. W tym wszystkim nie możemy też zapominać o najważniejszym: jesteśmy tu po to, aby służyć ludziom. Jeśli zdajemy sobie z tego sprawę, mamy już połowę sukcesu.

Na które koncerty czeka pan najbardziej niecierpliwie? Które są dla pana szczególnie ważne?

Jednym z trudniejszych w realizacji i przygotowaniu, a jednocześnie zupełną nowością w programie Filharmonii Łódzkiej, będzie koncertowe wykonanie „Króla Rogera” Szymanowskiego. To opera bardzo trudna zarówno pod względem czysto orkiestrowym, jak i wokalnym – a do tego niełatwa dla słuchacza. W takich dziełach akcja sceniczna, cała wizualna część przedstawienia zwykle ułatwiają słuchaczom odbiór, ale tutaj ich nie będzie. Aby całość trzymała należyty poziom i temperaturę, zaangażowałem więc znakomitych solistów. Jestem przekonany, że ich nazwiska dają nam gwarancję powodzenia.

A jeśli chodzi o wieczory, podczas których nie wystąpi pan w roli dyrygenta? Program którego z nich najmocniej działa na pana wyobraźnię jako odbiorcy?

Mówiąc szczerze, coraz rzadziej zdarza mi się słuchać koncertów – wraz z wiekiem staję się coraz bardziej krytyczny i nie na wszystkich wykonaniach jestem w stanie usiedzieć spokojnie… Gdy patrzę na nasz koncertowy kalendarz, jestem bardzo ciekawy projektu, który nazwałem „Prometeusz”. To będzie intrygujące, pobudzające wyobraźnię zestawienie utworów Skriabina, Liszta i Beethovena, które podejmują podobną tematykę. Szczególną atrakcją będzie to, że partytura Skriabina zakłada wykorzystanie efektów świetlnych. Co do tego, że ten koncert zostanie przygotowany świetnie, nie mam żadnych wątpliwości – ale ciekaw jestem, jak będzie odebrany przez publiczność.

W tym sezonie powracamy do formuły artysty-rezydenta. Po Camille Thomas i Iwonie Sobotce tytuł ten przypadnie Jakubowi Jakowiczowi. Skąd taki wybór?

Pamiętam, jak dwa sezony temu graliśmy wspólnie z Jakubem Jakowiczem „Symfonię hiszpańską” Édouarda Lalo. Od razu po tamtym koncercie zdecydowałem, że po rezydencji Iwony, którą mieliśmy już wtedy zaplanowaną, będziemy współpracować z Jakubem. Ta decyzja wynika z tego, że to po prostu niesłychanie kreatywny artysta, który bardzo wiele wnosi do współtworzonych wykonań. Dla mnie najważniejsze jest to, że ma w muzyce bardzo dużo do powiedzenia, a jako dyrygent wyczuwam to bardzo szybko i bardzo wyraźnie, bez chwili zastanowienia – albo ktoś ma dużo do powiedzenia, albo ktoś nie ma do powiedzenia niczego. Jako rezydent Jakub Jakowicz pokaże wiele twarzy. Jestem pewien, że sprawdzi się znakomicie jako solista podczas koncertów z orkiestrą, ale w przyszłym roku, podczas występu z Lutosławski Quartet i Paavalim Jumppanenem zaprezentuje nam się również jako wybitny kameralista.

Jednym z najważniejszych momentów sezonu będzie prawykonanie zamówionego przez FŁ utworu Ignacego Zalewskiego. Zagra go bardzo intrygujący skład: saksofon, perkusja, orkiestra i… publiczność. Czy może pan zdradzić coś więcej na jego temat? Czy widział pan już szkice partytury?

Nie widziałem, wiem, że partytura wciąż jest szlifowana; mam jednak za sobą dużo rozmów z kompozytorem. Mogę zdradzić, że publiczność będzie brała bardzo czynny udział w tym koncercie. Specjalnie z myślą o nim szykowane są instrumenty, które trafią w ręce naszych melomanów. To będą proste w obsłudze instrumenty perkusyjne, a kompozytor pokaże kiedy i w jaki sposób ich używać. Ten koncert to nasza kolejna próba dotarcia z muzyką współczesną do nowych odbiorców. W tym kontekście warto stale przypominać
myśl Krzysztofa Pendereckiego, który mimo że wcześniej bardzo lubił w swojej muzyce „otwierać drzwi” za sobą, mówił później tak: „niektóre zostawiam szeroko otwarte innym, inne tylko uchylam, a są i takie, które szczelnie za sobą zamykam”. Jednocześnie należy pamiętać o tym, że choć eksperymenty są w muzyce potrzebne, to istnieje pewna granica, za którą eksperyment staje się wartością samą w sobie, a nie służy temu, co najważniejsze – czyli komunikacji z publicznością.

W dziejach Filharmonii Łódzkiej zapisze się też wieczór 21 listopada, gdy odbędzie się prawykonanie zaginionej muzyki do baletu „Lumières” Aleksandra Tansmana. Jak patrzy pan na twórczość Tansmana? Zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że to nie tylko jeden z najwybitniejszych neoklasyków, ale też jeden z kompozytorów najmocniej skrzywdzonych przez historię?

Tak, zgadzam się w pełni ze wszystkim, co pan powiedział. Obawiam się, że Tansman wciąż jest bardziej rozpoznawalny w Paryżu niż w Łodzi – choć przecież tutaj się urodził i przez wiele lat żył. To kompozytor, który działał w samym sercu muzycznego życia Paryża i odgrywał w nim ogromną rolę. Niezwykle wszechstronna postać. Utrzymywał bliskie relacje z najważniejszymi kompozytorami tamtej epoki – z Ravelem czy ze Strawińskim. Komponował bardzo dużo i na bardzo różnorodne składy. Tworzył muzykę symfoniczną, ale też kameralną i solową na zróżnicowane instrumentarium – począwszy od fortepianu, a skończywszy na gitarze. Moje związki z Tansmanem są bardzo silne od lat. Premierowa edycja Festiwalu im. Tansmana w Łodzi odbyła się za mojej pierwszej dyrektorskiej kadencji w Filharmonii Łódzkiej. Prowadziłem wtedy koncert otwarcia, który był transmitowany przez Telewizję Polską. Później zasiadałem też w jury Festiwalu Indywidualności Muzycznych, który nosił imię Tansmana. Wciąż mam jego nazwisko z tyłu głowy, staram się pamiętać i przypominać o jego twórczości. Cieszę się, że prawykonanie muzyki do baletu „Lumières” odbędzie się w Łodzi. To miasto musi mocniej utożsamić się z tą postacią, zaangażować się w jej promowanie, bo wydaje mi się, że świadomość tego, iż Tansman był łodzianinem wciąż jest tu żywa tylko w niewielkim stopniu.

W Łodzi będziemy żyć prawykonaniami Tansmana i Zalewskiego, ale w skali kraju najbliższe tygodnie upłyną pod znakiem chopinowskiej gorączki, śledzenia konkursowych transmisji z Warszawy. W FŁ też szykujemy sporo chopinowskich akcentów – Piotr Paleczny wraz z orkiestrą PRIMUZ zaprezentuje Koncert e-moll w nietypowej, kameralnej odsłonie, a nasz dział artystyczny czeka w blokach startowych, by po rozstrzygnięciu konkursu sprowadzić do Łodzi jego laureatów. To będzie najbardziej pianistyczny sezon FŁ od lat?

Ja uważam w ogóle, że Łódź jest miastem fortepianu – zamiast łódki można by śmiało umieścić w herbie ten piękny instrument! Wielkie dziedzictwo, które pozostawił tu Artur Rubinstein jest wciąż odczuwalne i kierowało mną także przy planowaniu nowego sezonu. W jego trakcie wystąpią w Łodzi Piotr Anderszewski, Szymon Nehring, Jaeden Izik-Durko, czyli zwycięzca Konkursu Pianistycznego w Leeds, Juan Pérez Floristán, triumfator Konkursu im. Rubinsteina w Tel Awiwie, Martín García García, laureat trzeciego miejsca na ostatnim Konkursie Chopinowskim – cała plejada znakomitych pianistów z całego świata!

Muzyka Chopina jest moim zdaniem najwyższym objawieniem ludzkiego ducha i myślę, że ten punkt widzenia łączy ludzi z najodleglejszych części świata. Przecież na wszystkich kontynentach, od Alaski po Japonię, postać Fryderyka Chopina jest rozpoznawalna, a idiom chopinowski pozostaje zrozumiały. Ludzie znają tę muzykę; kochają ją i rozumieją. Chopin jest też bez wątpienia najbardziej polskim spośród polskich kompozytorów. Nic więc dziwnego, że Konkurs Chopinowski zamienia się w wielkie narodowe święto i budzi tak ogromne emocje. Ja akurat zachowuję wobec niego emocjonalną wstrzemięźliwość, ale cieszy mnie to, jak się w ostatnich latach zmienił; że obecnie pełni w znacznie większym stopniu funkcje edukacyjne. Podczas konkursu media poświęcają więcej uwagi muzyce. Moi koledzy pianiści opowiadają o konkretnych interpretacjach; streszczają poszczególne wykonania i tłumaczą, co się w nich działo. To bardzo ważne, bo dzięki temu konkurs nie stoi tylko pod znakiem emocji związanych z typowaniem faworytów, ale też świadomego słuchania, słuchania ze zrozumieniem.

Wykonywał pan dzieła Chopina z różnymi pianistami. Jakie cechy ceni pan najwyżej u interpretatorów jego muzyki?

Najważniejsza w interpretacji Chopina jest naturalność.

Proszę rozwinąć! Naturalność to bardzo nieprecyzyjne słowo – każdy rozumie je na swój sposób…

Pamiętam, jak przy okazji któregoś ze wcześniejszych konkursów rozmawiałem na ten temat z Januszem Olejniczakiem, z którym grałem też kiedyś zresztą Koncert e-moll. Dyskutowaliśmy o uczestnikach konkursu, podczas którego Janusz był jurorem – stwierdził, że jeden z pianistów wydał mu się interesujący. Gdy zapytałem dlaczego, odpowiedział krótko: „nie kombinuje – po prostu naturalnie podąża za frazą”.  Ta naturalność nie wyklucza jednak tego, że pianista wnosi do utworu swoją osobowość i artystyczną wrażliwość – nie ma przecież dwóch takich samych wykonań.

Przypomniałem sobie, jak kiedyś zirytował mnie Ivo Pogorelić. Nie myślę o konkursie z 1980 roku i jego kontrowersyjnym wykonaniu Sonaty b-moll, lecz o znacznie późniejszej sytuacji. W roku 2008 dyrygowałem w Krakowie Koncertem e-moll z Pogoreliciem za fortepianem. Próbował on przy tamtej okazji nawet nie tyle przekonać mnie, ile w bardzo dobitny sposób uzasadnić, że Chopin nie był Chopinem, a Brahmsem. Uważam to za kabotyństwo. Dziwność Pogorelicia ekscytuje i przyciąga publicznosć. Ale czy to jest prawda artystyczna? Tu bym się sprzeczał.

Zaintrygował mnie pan! Na czym miał polegać ten „brahmsowy” Chopin w „pogoreliciowym” wydaniu?

Posłużę się porównaniem malarskim. Przenoszenie Brahmsowskiego uderzenia czy sposobu kształtowania frazy na muzykę Chopina to dla mnie coś porównywalnego do sytuacji, w której malarz próbowałby pogrubić dzieła impresjonistów ostrą, wyrazistą kreską. Nie znoszę takich zachowań. Wtedy tego nie zrobiłem, ale gdybym dziś trafił na takiego artystę, niezależnie, czy miałby małe czy duże nazwisko, to wstałbym w środku próby i wyszedł, mówiąc „dziękuję, ale ja tego koncertu nie poprowadzę, nie zgadzam się na takie wykonanie”.

Wróćmy do tegorocznego programu FŁ. Kolejnym wyróżniającym się w nim wątkiem jest widoczna w pierwszych tygodniach nowego roku obfitość koncertów, które połączą klasykę z jazzem, muzyką taneczną czy latynoamerykańską. Czy uważa pan, że tego typu przedsięwzięcia, będące dowodem otwartości na inne gatunki to kierunek, w którym filharmoniczne programy powinny rozwijać się w przyszłości?

Nie czuję się ani demiurgiem, ani arbitrem w tej kwestii, ale odpowiem tak: akordeonistę Richarda Galliano, który wystąpi u nas w styczniu uważam za wybitnego instrumentalistę, którego postawiłbym na równi z największymi artystami muzyki klasycznej. Jeśli chodzi o karnawałowe koncerty, szczególny sentyment mam do przedsięwzięcia „A Story of Polish Jazz”. Piętnaście lat temu miałem okazję współpracować z jego pomysłodawcą, Jarkiem Śmietaną – tworzył on rymowanki opowiadające historię polskiego jazzu, a dzięki temu projektowi otrzymały one wyjątkowy muzyczny kształt. Mam wielką satysfakcję i radość z tego, że udało nam się znaleźć termin na ten koncert. Zaprosiłem do udziału w nim czołowych polskich jazzmanów; ludzi, którzy są żywą historią polskiego jazzu. A nie jest to łatwa sprawa, by zebrać tych największych; muzyków, którzy pamiętają Zbigniewa Namysłowskiego czy Janusza Muniaka…

Nie chciałbym występować w tej rozmowie w roli dzwonu brzmiącego natrętnym „tempus fugit”, ale mimo wszystko przypomnę, że rozpoczyna pan swoją przedostatnią kadencję w roli dyrektora artystycznego FŁ. Czy są jeszcze jakieś niespełnione dotąd artystyczne marzenia, które chciałby pan w tym czasie zrealizować?

Artysta musi mieć marzenia i ja wciąż je mam – obojętnie czy kończę kadencję, czy ją zaczynam. Artysta, który nie ma marzeń, nie ma nic do powiedzenia – mam więc nadzieję, że marzenia zawsze będą mi towarzyszyć. A czy będą one spełnione czy niespełnione? Nie zastanawiam się nad tym, wszystkich i tak nie da się zrealizować. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby czerpać satysfakcję z tego, co robię. Póki co tę satysfakcję mam i bardzo się z tego cieszę. A jeszcze bardziej cieszy mnie to, że mają tę satysfakcję melomani, którzy przychodzą na nasze koncerty. Czerpać przyjemność z tego, co robię i dzielić się nią z innymi – to jest dla mnie najważniejsze!